Klientocentryzm kończy się tam, gdzie zaczyna się koszt jednostkowy
Klientocentryzm brzmi pięknie, dopóki nie zaczyna się koszt jednostkowy. Wtedy okazuje się, że słuchanie klienta bywa mądre, ale literalne spełnianie życzeń rynku potrafi być bardzo drogim sposobem produkowania szkody.
Mit szybszych koni
Historia z Fordem i szybszymi końmi jest nadużywana tak często, że stała się marketingowym zaklęciem. Klient nie zawsze wie, czego chce. Czasem broni tego, co zna. Czasem chce rozwiązania, które krótkoterminowo jest wygodne, a długoterminowo szkodliwe.
Motoryzacja jako laboratorium
Pasy bezpieczeństwa, strefy zgniotu, bezpieczne szkło, ograniczenia emisji, benzyna bezołowiowa — wiele rzeczy, które dziś uznajemy za oczywiste, nie powstało dlatego, że rynek masowo o nie prosił. Często potrzebna była technologia, regulacja albo decyzja, która widziała koszt ukryty przed konsumentem.
Customer satisfaction może kłamać
Zadowolenie klienta mierzy doświadczenie tu i teraz. Nie zawsze mierzy pełny koszt decyzji: zdrowotny, środowiskowy, finansowy, społeczny albo systemowy. Rynek optymalizuje to, co mierzy. Jeżeli nie mierzy kosztów zewnętrznych, potrafi nazywać wygodą coś, co później staje się problemem.
Lekcja dla strategii
Prawdziwy klientocentryzm nie polega na automatycznym spełnianiu życzeń. Polega na rozumieniu, kiedy klient mówi o rozwiązaniu, a kiedy tylko o znanym sobie objawie. Marka, produkt i regulator czasem muszą widzieć dalej niż ankieta satysfakcji.
Puenta
Klientocentryzm bez ekonomii i odpowiedzialności staje się obsługą zachcianek. Dobry biznes nie pyta tylko, czego klient chce. Pyta też, jaki koszt ukryty powstaje, gdy damy mu dokładnie to, o co prosi.
Źródło pierwotne
Oryginalna publikacja Macieja Pichlaka: otwórz źródło.
Masz decyzję strategiczną, kreatywną albo produktową do sprawdzenia? Zamieńmy ją w widzialny prototyp, który pokaże, czy rynek widzi wartość.
Porozmawiajmy →